wtorek, 14 lutego 2017

Falling you ♣ Bae Suzy, Kim Woobin

            Bae Suzy przemierzała właśnie korytarz jednego ze szpitali.
            Ubrana była w czarny płaszcz, który sięgał jej do kostek, golf, niczym nocne niebo w grudniu i mroczny kapelusz, jak na kostuchę przystało. Jej hebanowe włosy opadały na ramiona, poruszane przez przeciąg, który roztaczała.
            Nagle, wpadł na nią mężczyzna około trzydziestki.
            - Proszę uważać, to jest szpital – rzucił, jakby ostrzegając ją.
            - Kim Raejoon. Trzydzieści dwa lata, przyczyna śmierci; przepracowanie, czas; jedenasta szesnaście - powiedziała, zatrzymując go swoimi słowami. Odwrócił się, szukając w jej oczach, które śmiało można było porównać do smoły, jakiś wyjaśnień.
            - Słucham?
            - Nie żyjesz – wyznała, jakby chodziło o kupno lizaka.
            - O czym ty mówisz? – krzyknął, jednak nie zrobiło to na niej wrażenia. Zamiast tego, uśmiechnęła się smutno. Po tylu latach zabierania ludzi do czeluści piekieł, bądź po prostu do raju albo, aby przeszli reinkarnację.
            - Musimy iść – wsadziła ręce do kieszeni. – Lepiej, żebyś nie widział tego, co za chwilę się wydarzy.
            Lekarz jednak nie słuchał. Stał, patrząc na nią jak wryty. Chciała oszczędzić mu bólu, niestety, nie mogła zaciągnąć go ze sobą siłą. Kilka minut później, na jednym ze szpitalnych łóżek, wyjechało jego ciało. Jego ciężarna żona, jedna z pielęgniarek, trzymając się za brzuch, zaczęła krzyczeć, aby nie dali mu umrzeć.
            - Proszę, chodźmy – ponowiła próbę.
            - Soomin, kochanie, jestem tu – powiedział do kobiety. Podszedł, chcąc jej dotknąć, ale te starania na nic się nie zdały. Nawet nie poczuła tej desperackiej próby pocieszenia jej. – Dlaczego ona mnie nie widzi?! – krzyknął, tym razem do Suzy.
            - Bo jesteś duchem, nie żyjesz – westchnęła. Jak dwieście lat pracowała w tym biznesie, tak jeszcze nie spotkała nikogo, kto by po prostu, bez żadnych zbędnych ceregieli z nią poszedł i zaakceptował swoją wolę. -  Musimy iść.
Widząc, że jej nie słucha, przeszła transformację z współczującej Kostuchy w demoniczną Kostuchę. Jej usta przybrały jeszcze bardziej krwistą barwę, czarne oczy wydawały się jeszcze bardziej zasnuć się hebanem, a ona sama wyglądała na bledszą.
- Już nic nie zdziałasz – powiedziała ostro, kładąc swoje białe dłonie na jego ramieniu. – Nie żyjesz, umarłeś, już nie wrócisz – zacisnęła rękę, wbijając długie paznokcie w jego odzienie.
Dopiero wtedy oderwał wzrok od pustego krzesła, na którym jeszcze nie tak dawno siedziała jego wybranka. Jego puste spojrzenie mogłoby przerazić, jednak nie ją.
- Co teraz ze mną będzie?


***


Siedzieli w domu Suzy, a ona podała mu filiżankę z czymś, co na pierwszy rzut oka przypominało herbatę. Nieboszczyk rozejrzał się po wnętrzu. Było stonowane, a jedyne, co miało tu kolor to usta Kostuchy. Proste meble, proste kolory i prosty krój płaszcza.
- Co to? – zapytał.
- Nazwijmy to herbatą – powiedziała. – Wymaże twoje wspomnienia.
- A jeśli nie wypiję?
- Będziesz żałował, a gdy zmienisz zdanie, zdasz sobie sprawę, że jest za późno. Lepiej przejść reinkarnację bez pamięci o poprzednim życiu. Wtedy nie boli – te słowa sprawiły, że pochwycił ów napój i o ironio, wypił go duszkiem. Chwilę później, zamrugał powiekami kilka razy, poczuł się senny i zniknął.


***


Nie lubiła zapuszczać się rejony takie, jak ten.
Mogła sobie być Kostuchą, jednak nawet teraz, nie przepadała za ciemnymi, ciasnymi uliczkami. Seul to piękne miasto. Wystarczyło tylko udać się do odpowiednich dzielnic, a nagle to miasto marzeń zmieniało się w miasto widmo.
Powolnym i majestatycznym krokiem zmierzała przed siebie, co jakiś czas poprawiając czarny melonik. Obserwowała nielicznych ludzi, głównie starsze panie, jak spacerują.
Ów melonik był nieodłączną częścią każdego Ponurego Żniwiarza i każdej Kostuchy. Dzięki niemu, pozostawali niewidoczni dla ludzi. Tylko ci nieszczęśnicy, którzy mieli dokonać żywota potrafili ich zobaczyć.


Dzisiaj miała zabrać ze sobą dziecko.
To zawsze było jej żal rodziców, jednak nie mogła nic zrobić. Jedyne, co, o ironio, podnosiło ją na duchu, była myśl, że dzieci są czyste i niewinne, a i więc po prostu odeśle je w dalszą drogę.
Nie fatygując się zbytnio, przeniknęła ściany jednego z obskurnych mieszkań. Zastała tam przykry widok – matka, starszy syn i mała dziewczynka. Najpierw spojrzała na kobietę. Miała siwiejące włosy do ramion, pobladłą twarz, pełne smutku, poczucia niesprawiedliwości oczy, mały nos i niewielkie usta.
Jej – najprawdopodobniej – syn był do niej bardzo podobny. Ta sama, podłużna, pobladła twarz, te same oczy… jedynie nos i usta były większe. Był dobrze zbudowany, i w Suzy uderzył fakt, że gdzieś już go widziała. Zignorowała to.
Dziecko, które leżało w łóżeczku wyglądało, jak siedem nieszczęść. Jej klatka piersiowa z trudem się podnosiła, a małe ślepia były wpół otwarte.
Taki widok sprawiał, że Kostucha przeklinała Boga i swój los. Westchnęła, chociaż nie musiała oddychać. Taki ludzki nawyk. W końcu ona kiedyś też była człowiekiem.
- Kim jesteś? – usłyszała obok siebie cieniutki głosik, który należał do już nieżyjącego dziecka. -  Co tu robisz, unni?
- Przyszłam po ciebie, skarbie – wyznała, kucając, tak, aby mogły sobie bez trudu patrzeć w oczy.
- Dlaczego?
- Wiesz, to dlatego, że już nie możesz tu być – starała się to tłumaczyć delikatnie, jednak w jej czarnych oczach czaiły się łzy, które spowodowały, że zaszkliły jej się oczy. – Musimy iść, kruszynko.
- Ale gdzie, unni?
- Napijemy się u mnie herbaty i wrócisz do mamusi i brata – powiedziała, z trudem nie wybuchając płaczem.
- Nie mogę, nie wiem nawet, jak masz na imię – pokręciła głową w akcie odmowy.
- Jestem Suzy, a ty? – w rzeczywistości doskonale wiedziała, jak się nazywa, ile ma lat… Nie mogła jednak tego powiedzieć.
- Jestem Raon, a teraz chodźmy, bo mama będzie zła.
Mała dziewczynka chwyciła ją za rękę, po czym wyszły. Po raz ostatni spojrzała na chłopaka i jego matkę. Byli spokojni. W końcu Raon wyglądała, jakby zasnęła, po długim, ciężkim dniu. Bo zasnęła.
Szkoda, że już na zawsze.


***


Gdy były już w domu Kostuchy, ta przyrządziła napój. Malutka Koreanka od razu się rozgościła na jednym z krzeseł. Oglądała z zainteresowaniem ponure, proste wnętrze, po czym odezwała się:
- Unni, strasznie tu ponuro. Jesteś smutna? Takie ładne unni, jak ty, nie powinny być smutne!
Słysząc te słowa, kilka łez wydostało się z jej lekko spuchniętych oczu. Tak bardzo chciała oddać matce jej dziecko… Tak bardzo bezsilna była.
Jedyne, co potrafiła, to zabierać. Nie dawała, ona jedynie pozbawiała życia. Zabierała matkom córki, córkom matki, ojcom synów i synów ojcom. Tak wyglądało jej życie, które utraciła dwieście lat temu.
Wtedy na myśl przyszło jej coś iście absurdalnego.
Jeżeli Bóg istniał, powinien zainterweniować. Nie wiedziała, jak mogłaby przywołać znajomego goblina, ale jej desperacja sama w sobie okazała się sposobem.
- Och, ahjussi – usłyszała cukierkowy głos Raon. -  Unni, jakiś ahjussi do ciebie przyszedł.
Szybko się odwróciła, nieomal co nie rozwalając herbaty.
- Shin? – zdziwiła się, widząc ów osobnika. – Ty… tutaj?
- Sama mnie wezwałaś, Suzy – powiedział zgodnie z prawdą. Nie wiedziała jak, ale jednak. -  Co się stało?
- Widzisz ją? To Kim Raon. Umarła, ale… Nie mogę jej zabrać. Proszę, pomóż jej. Jej matka ma bardzo słabe serce, widziałam to. Jeśli się zorientuje się, że ona odeszła, będę musiała przyjść również po nią. Shin, nie chcę tego robić.
Westchnął, dotykając chłodnego ramienia Kostuchy. Nie mógł nic zrobić było za późno. Jej rodzina wiedziała.


***


- Raon, kochanie. Czas napić się herbatki, tak jak unni obiecała – mówienie tego było trudne.
Nieczęsto trafiała na tak młode nieboszczki. Starła z policzka kolejne potoki łez, a goblin, który jeszcze niedawno stał obok, rozpłynął się w parze wodnej, nie dając już Suzy powodów do płaczu. Nie był w stanie im pomóc, nie ważne, jak bardzo by chciał.
- A ahjussi?
- On nie lubi takiej, dalej, pij, a potem odprowadzę cię do domu.


***


Mała Raon odeszła, całkowicie nieświadoma, że jak tylko przekroczy mahoniowe drzwi domu Kostuchy, wszystkie jej wspomnienia znikną, a ona sama odrodzi się na nowo. Suzy zadbała, aby jej następne wcielenie było lepsze.

Tak jak przewidziała, musiała iść po matkę Raon kilka dni później. Ponownie ta sama, ponura uliczka, ponownie te same, stare, zniszczone drzwi, ponownie to samo, obskurne wnętrze. Od śmierci małej zrobiło się tu jeszcze mroczniej.
Niemalże nie poznała chłopaka, który kogoś jej przypominał. Teraz miał zarost, był brudny, a oczy były puste. Zapewne myślał, że już gorzej być nie może. Suzy jednak wiedziała, że to nieprawda. Zawsze może być gorzej.
Trzymał matkę za rękę, szeptając do niej. Jeżeli słuch nie płatał Kostusze figli, recytował jej książkę niemieckiego pisarza, Hermanna Hesse, pod tytułem „Demian”. Uważnie słuchała tego, co mówił, aby chwilę później zamknąć oczy.
- Kim Hyejung. Czterdzieści dziewięć lat, czas i miejsce zgonu; dwudziesty października, Seul, Gangnam – wymieniała z drżącym głosem.
- Dlaczego tu jesteś? –  duch nieżyjącej kobiety odezwał się do niej.
- Przyszłam po panią. Nie żyjesz, ahjumma – powiedziała z trudem.
- A więc to tak? – zapytała, uśmiechając się smutno do Suzy. – Co z moją Raon? To ty ją nam odebrałaś?
Wbrew pozorom, słowa pani Kim wcale nie brzmiały jak oskarżenie, obelga… Były… obojętne. Ona była obojętna na swoje życie, które właśnie dobiegło końca. Z tępym spojrzeniem wlepionym w syna, który płakał, próbując obudzić matkę, zapytała:
- Mój Woobin zostanie sam. Nie ma nikogo, miał tylko nas. Dlaczego to robisz? Proszę, nie zabieraj go ze sobą, Kostucho.
Zszokowana wtopiła wzrok w kobietę. Nie chciała jej zabierać. Raon też. Nie chciała odwiedzać tego domu już nigdy więcej. Westchnęła, a z jej oczu po raz kolejny wypłynęły potoki łez. Nie była nowa, ale zdecydowanie bolał ją fakt, że rozbija taką rodzinę.
Oni mieli tylko siebie, nikogo innego. Ojciec dzieciaków odszedł od matki, jak tylko dowiedział się o ciąży swojej partnerki. Dzięki temu, ich więź stała się silna, a przez te kilka lat stali się rodziną prawdziwszą, niż te, które napędzane były przez liczby i waluty.
Suzy nie wiedziała, czy miała rodzinę. Również wypiła ten wywar, z nadzieją, że odrodzi się, jako lepsza osoba. Niestety, trafiła na rozgniewanego Boga, który zwyczajnie z niej zakpił. Zapomniała o swoim życiu. Obudziła się jako Mroczna Pani, wiecznie przywdziana w czerń.
- Przepraszam – powiedziała ze skruchą. – Proszę, chodźmy.


***


Westchnęła z żalem, obserwując Woobina, który musiał pochować matkę i siostrę. Na pogrzebie był tylko on. To jeszcze bardziej utwierdziło Kostuchę w przekonaniu, że mieli tylko siebie nawzajem. Stała obok niego, jednak jej nie widział. Mogłaby się ujawnić, jednak to byłoby nierozsądne. Nie mogła tego zrobić. Wtedy najpewniej chciałby ją zabić, a gdyby jej dotknął, przypomniałby sobie wszystkie zamazane wcześniej wspomnienia. Wszystko poszłoby na nic.
Szalona myśl przeszła jej przez głowę.
Zostanę jego stróżem.


***


Zrezygnowana wlokła się za Woobinem.
Nie wiedziała, co gorsze. To, że odebrała mu rodzinę, czy to, że Shin powiedział jej, kim był dla niej ów osobnik.


- Shin! – wrzasnęła na goblina. – Kim był dla mnie Kim Woobin?
- Suzy, proszę. Chciałbym, ale nie mogę – spokojnie jej tłumaczył. – Suzy, błagam. Pytaj o wszystko, tylko nie o przeszłość i twoje życie. To cię tylko zrani.
- Ja ciebie też błagam. Muszę wiedzieć. Nie wrócę mu siostry i matki, ale… Nie wiem. Mam nieodparte wrażenie, że go znam. Albo znałam. Ta sama twarz… Tylko czyja?
Te słowa wywołały w nim coś na wzór troski. Znał Bae Suzy przed jej śmiercią. Nie chciał jej opowiadać, jak zginęła, co zrobiła przed śmiercią, żeby nie cierpiała. Gdyby wiedziała, kim był dla niej Woobin, zrobiłaby wszystko, aby go chronić. Shin doskonale wiedział, że nie była w stanie.
- Byliście najlepszymi przyjaciółmi – powiedział niepewnie. – Dwieście dwadzieścia pięć lat temu, dwóm zaprzyjaźnionym rodzinom urodziła się córeczka i synek. Rodzice byli wniebowzięci, od samego początku planowali, aby ich dzieci zostały małżeństwem. Lata mijały, z małej Sooji wyrosła przepiękna kobieta, a Woobin wymężniał. Wszystko było dobrze, jednak uroda dziewczyny sprowadziła na młodych nieszczęście. Wielu chciało takiej żony, kierując się jej urodą. Sooji była zakochana na zabój, więc każdego adoratora odprawiała z kwitkiem – przerwał, aby spojrzeć dziewczynie w oczy. – Woobin również cieszył się powodzeniem. On również kochał Sooji, a więc pozostał jej wierny. Pewnego razu, jeden z adoratorów, Wang oraz jego siostra, Sora zapragnęli rozdzielić tę dwójkę, aby zakochana w Binie Sora zajęła miejsce Sooji. Chcieli przyrządzić zasadzkę, zabijając niewinną niewiastę. Plan wydawał się być idealny; gdy ona będzie wracać od Woobina, zabiją ją. Nie przewidzieli jednak jednego szczegółu, a mianowicie tego, że troskliwy chłopak postanowi odprowadzić swoją oblubienicę. Przez pomyłkę Wanga, który nie grzeszył inteligencją, zabił Kima, zamiast panienki Bae. Z początku Sooji nie wiedziała, co się dzieje. Z natury była szybka, wybuchowa i lekkomyślna, więc rzuciła się na mordercę. Mimo, że do najsilniejszych nie zależała, powaliła go i zaczęła okładać jego głowę kamieniem, który dostrzegła. Gdy wydał ostatnie tchnienie, udała się do narzeczonego. Prosiła, błagała, aby wstał i żeby wrócili od niego, aby opatrzyć rany po zatrutych strzałach – westchnął, obserwując, jak oczy Kostuchy zasnuwają się mgłą z łez. -  Położyła się obok i wtuliła, szeptając do niego przysięgę małżeńską. Zasypiała, przytłoczona tym wszystkim. Zasypiała, a rozgoryczona Sora poderżnęła jej gardło – przerwał, w myślach karcąc się za nieodpowiedni dobór słów. – Bae Sooji i Kim Woobin zginęli w swoich ramionach tego samego dnia. On był dobrym człowiekiem, więc przeszedł kilka reinkarnacji. Sooji jednak, za zabicie z furią została skazana przez kapryśnego Boga na wieczne tułaczki, jako Kostucha. Zamiast Sooji, powstała Suzy. Ta, która doświadczyła ognia piekielnego za życia.



Teraz, gdy już wszystko pamiętała, a w zasadzie wiedziała, zmieniła swój pogląd na Woobina. Chciała mu się pokazać, porozmawiać… Nie mogła, nie powinna. A jednak. Zamierzała dokonać tego dzisiaj. Codziennie przychodził do matki i opowiadał o trudach dni, które przeżywał w samotności. No, prawie. W końcu Suzy zawsze czuwała, aby nic mu się nie stało.
Gdy skręcił w lewo, ona zdjęła kapelusz, ujawniając się, że nikt nie widział jej niezwykłego pojawienia się. Szła za nim, wpatrując się w jego plecy. Wyrzuty sumienia były coraz większe, a ona sama nie potrafiła im sprostać.
Przystanął przy odpowiednim nagrobku, po chwili ona do niego doszła. Z początku zdawał się jej nie dostrzegać, jednak w końcu, odezwał się, aż nazbyt obojętnie:
- Kim jesteś?
- Bae Sooji – użyła prawdziwego imienia. – Nasze rodziny znały się bardzo dawno temu. Przyszłam… porozmawiać z twoją mamą.
- Jestem Kim Woobin – przedstawił się, wierząc dziewczynie na słowo. Odwrócił się do niej, uśmiechając smutno, po czym wyciągnął rękę. – Wybacz, że nie powiem, że miło mi cię poznać, jednak…
- Rozumiem – przerwała. – To niezbyt stosowne, zważywszy na okoliczności.
Westchnął, ciesząc się w duchu, że nowo poznana nie sprawia większych problemów. Większość dziewcząt, które miał przyjemność poznać skrzeczało, piszczało, nie interesowało się tym, co inni czują. A Sooji zachowała się, jak przystało. Zaimponowała mu, chociaż jej gest wydawał się błahostką.
- Woobin, wiesz – zaczęła po chwili ciszy. – Nie umiem składać kondolencji, chociaż powinnam mieć już wprawę, więc, proszę, nie zrozum tego opatrznie – mówiła z drżącym głosem, jakby miała się zaraz rozpłakać. – Jest mi bardzo przykro, żadne słowa nie potrafią oddać żalu, jaki musisz czuć… Niech jej ziemia lekką będzie, a następne wcielenie niechaj lepszym się stanie – pociągnęła nosem. – I w dodatku Raon… Ona była taka młodziutka, malutka – brzmiała jak żałosny człowieczek, a nie jest nim od ponad dwustu lat.
Ludzie umierają niezależnie od wieku. Umierają sześćdziesięciolatkowie, umierają i dwunastolatkowie. Wiedziała to. Obecność Woobina sprawiła, że przez chwilę zapomniała, kim była, kim jest i kim będzie, aż do końca świata.
Gdy zobaczył łzy w oczach dziewczyny, sam poczuł kolejne fale swoich własnych. Nie sądził, że potrafi zapłakać, w końcu jego ostatnie miesiące były usłane żaglem łez. Najpierw choroba Raon, której leczenie było za drogie, potem jej śmierć, a teraz Bóg zabrał mu matkę. Westchnął, dotykając ramienia przeraźliwie chudej Koreanki.
- Sooji, to naprawdę wiele znaczy. Jesteś jedyną, która złożyła mi kondolencje. Dziękuję za troskę – powiedział dosyć ciepło, jak na osobę, która straciła wszystko.
Coś sprawiło, że zbliżyli się do siebie, aby następnie zamknąć w szczelnym uścisku, łkając razem. Chłopak wdychał piękny zapach jej miękkich, onyksowych włosów, a ona przyjmowała ciepło, które – mimo wszystko – roztaczał, a którego nie posiadała.
Chwila zapomnienia.
Nie pamiętał, jak bardzo cierpi. Przez tę krótką chwilę zapomniał, tak po prostu.
Ona też chciałaby móc puścić w niepamięć swój tragiczny los, jednak on uderzył w nią podwójnie. Poczuła, a w zasadzie poczuli, że są we właściwym miejscu – w swoich ramionach. Sooji poczuła ból na całym swoim ciele, blokując w ten sposób wspomnienia, które on utracił.
Chciała móc to zatrzymać, ale była zbyt słaba.
Przez ciało Koreańczyka przeszedł prąd. Z początku był przyjemny, subtelny i delikatny, a w głowie zaczęły świtać pierwsze wspomnienia. Dobre wspomnienia. Z czasem, który nieubłaganie pędził, pojawiły się też złe wspomnienia. Gdy wszystkie zebrały się w logiczną całość, którą przyswoił, odsunął się od Kostuchy, jak ogniem poparzony.
- Czym ty jesteś? – krzyknął przerażony.
- Ja – zająknęła się. – Przepraszam.
Zaczęła się wycofywać, jednak nie dane jej było tego dokonać. Chwycił ją za rękę, zatrzymując przy sobie. Pamiętał wszystko z wcielenia jako Kim Woobin z klanu Kim. Nie wiedział o poprzednich, bo posiadał inne imię. Teraz, gdy wszystko się zgadzało, pamiętał Sooji. Pamiętał ich miłość. Jedyne, co się zgadzało, to, to, że ona żyje, a nie powinna.
- Zapytałem, czym jesteś, Sooji – powiedział spokojniej.
- I nie uciekniesz z krzykiem?
- Nie. Obiecuję, że cię wysłucham.
- Pamiętasz wszystko? – zapytała, a on przytaknął. – Po tym, jak on cię zabił, ja… też go zabiłam, w furii, w akcie zemsty. Kochałam cię, Woobin – załkała. Doskonale znała swoje uczucia. – gdy Sora poderżnęła mi gardło, stanęłam przed Ponurym Żniwiarzem, który podał mi coś, co wygląda i smakuje jak herbata, ale w rzeczywistości wymazuje wspomnienia. Oboje sądziliśmy, że po prostu przejdę reinkarnację, jak ty – wytarła rękawem czarnego płaszcza łzy. – Jednak Bóg sobie ze mnie zakpił, uczyniwszy mnie Kostuchą. Nie odrodziłam się ponownie, Woobin. Ja nie żyję.


***


Kłamała mu w żywe oczy.
Nie wiedziała, ile jeszcze da radę tak go oszukiwać. Nie zapytał, czy to ona zabrała mu rodzinę, ale wiedziała, że w końcu do tego dojdzie.
Było ciężko – ona była martwa od dłuższego czasu, a on dalej był zwykłym, szarym śmiertelnikiem. Starali się cieszyć tym, że ponownie się odnaleźli. Problem jednak tkwił w tym, że ona nie mogła już umrzeć, a on tak. Każdego dnia obawiała się, że wśród kart z nieboszczykami lub osobami, które mają niedługo odejść… że odnajdzie tam jego imię.
Sam Woobin nie zdawał jej zbyt wielu pytań. Wiedział, że odpowiedzi tylko ich zranią. Uważał, że dostatecznie długo już cierpieli.
Nie przedstawiła się jako Kostucha Suzy.
On dalej traktował ją jako swoją malutką Sooji.


***


Ich relacje z początku były dziwne. Dawny Kim Woobin nie zważałby na to, że jego oblubienica… nie istnieje, nie żyje. Teraz, dwieście lat później, Kim Woobin czuł strach, co było dosyć naturalne. Nie wierzył w Boga, w cuda… On nie wierzył w nic. Starał się jakoś zaakceptować ich los.
Jego największą słabością był melonik. Mogła zniknąć bez słowa za każdym razem, gdy o coś się pokłócili. Na początku nie wiedział, jak miałby z Kostuchą rozmawiać. Był rozdarty – raz myślał, że ją kocha, że nigdy go nie skrzywdzi, drugi raz myślał, że to martwy potwór bez uczuć.
Nie chciał jej o tym mówić. Mimo wszystko, nikt nie zasługuje ta tak ostre słowa.

Ich życie było niezwykłe. Dziwnie było być z kimś, kto nawet nie musi oddychać. Nigdy nie brakowało jej tchu podczas pocałunków; nigdy nie była zmęczona, a mimo to spała. Zachowywała się jak człowiek.
Po pewnym czasie, naprawdę zaczął wierzyć, że kiedyś powróci do swojej poprzedniej formy, że będą mieć happy end i kilkoro dzieci, jak w filmach z Hollywood. Miało być pięknie. Znalazł kogoś, kogo pokochał. Ponownie poczuł bicie swojego serca, które po stracie rodziny zdawało się być martwe.
***



Rok później, jedenastego marca stało się to, czego bała się najbardziej. Karta, której nie chciała nigdy widzieć, pojawiła się jej w rękach.
Siedzieli wtedy w domu dziewczyny. Jak oparzona wstała z krzesła, na którym siedziała, aby następnie złapać za melonik i zniknąć za drzwiami, mimo licznych krzyków i przeraźliwie żałosnych protestów Woobina.
Nie musiała długo błądzić, od razu pojawiła się w domu goblina. Chciała wywarzyć drzwi, wyżyć się na nim, jednak on wydawał się na nią czekać. Zupełnie, jakby wiedział, że czas na kolejne rozstanie.
- Suzy – zwrócił się do niej.
- Dlaczego mam to w dłoniach?! – krzyknęła, zalewając się łzami. – Shin, do cholery, dlaczego?!
On jedynie wpatrywał się w kawałek papirusu, zszokowany.


Zmarły: Kim Woobin, lat dwadzieścia siedem.
Czas i miejsce śmierci: trzydziesty marca, godzina czternasta czterdzieści sześć, Seul, Gangnam.
Przyczyna śmierci: nieznana.


Załkała, a on przytulił ją do siebie. Wiedział, że nie zdąży się z nim pożegnać. Wiedział, że jako Kostucha, nie będzie w stanie nic zrobić. Nawet on, goblin, który był niemalże równy samemu Bogu, nie mógł nic zrobić.
- Sooji, proszę – powiedział cicho, w nadziei, że gdy będzie po wszystkim, jakoś się pozbiera. – Nie możemy nic zrobić, Soo.
To sprawiło, że wybuchła płaczem, niczym dziecko, które zgubiło matkę. Nie mogli nic zrobić. Nic, nie ważne, jak bardzo by chcieli. Słuchał jej lamentów, gorzkich słów i obelg. Nie mógł mieć jej tego za złe, w końcu właśnie traciła najważniejszą dla niej osobę.
Ironia to częsty gość w przeznaczeniu tej Kostuchy. Najpierw zginęła wraz z osobą, którą kochała, musząc oglądać jego śmierć; myślała, że przejdzie reinkarnację i wszystko będzie lepiej, że zapomni o nieszczęśliwej miłości; Bóg zakpił z niej i odesłał na wieczne tułaczki w postaci potwora… Miało być dobrze, bo odnalazła tego, do którego jej serce pierwotnie należało. Okrutny Bóg znów nie omieszkał zażartować z Suzy, ponownie zabierając jej Woobina.
To było więcej, niż była w stanie przecierpieć. W końcu dzięki niemu odzyskała uczucia, bicie serca i nadzieję. Nadzieję na lepsze jutro.


***


Nie powiedziała mu. Tego feralnego dnia po prostu wróciła do domu, unikając rozmowy jak ognia. Tak spędzili pierwszy dzień.
Następnego, odezwała się, szybko wymyślając jakieś kłamstwo. Zrezygnowała jednak z tego pomysłu, na rzecz wymazania mu tego wydarzenia z głowy. Wspomnienie rozdygotanej Suzy, płaczu i ciszy rozpłynęło się, niczym we mgle.
Postanowiła, że resztę jego dni spędzą inaczej. Schowała melonik, aby nie kusić samej siebie zniknięciem już na zawsze.
Byli we wszystkich miejscach, które chciał odwiedzić, a nie miał za co. Zabawy było co nie miara, wzięli nawet „udawany ślub” w tradycyjnym stylu. Wygłupiali się, jednak dla niej, przysięgi te nie były gołosłowne. Był jej pierwszym i – z pewnością – ostatnim.


Dwudziestego dziewiątego marca, była bliska wydania się. Nie mogła, obiecała sobie, że tego nie zrobi.
Wszystko było, jak zwykle. Śmiali się, gotowali razem, wyszli na zakupy, obdarowywali się pięknymi uśmiechami, szczerymi deklaracjami i szczęściem, lecz tylko Suzy wiedziała, że to ostatnie, jakiego razem doświadczą.


Późno w nocy, leżeli w łóżku, próbując zasnąć. W jej objęciach sen przychodził szybko, jakby sama jej piosenka, którą śpiewała każdego wieczoru miała magiczną moc. Gdy wiedziała, że spał, uśmiechnęła się do niego.

- Woobin – wypowiedziała szeptem jego imię, które niegdyś było najpiękniejszym lekarstwem na smutek, a teraz same go powodowało. – Bądź szczęśliwy. Ja postaram się zaakceptować nasze tragiczne przeznaczenie. Nieważne jest jutro, jeżeli ma się dzisiaj.




















Hejka! Dawno nic nie dodawałam, a ten one shot napisałam z miesiąc temu. Mam nadzieję, że wam się podoba.
Zakończenie należy do was, to wy decydujecie, co się z nimi stanie, Jaki jest twój wybór? Napisz w komentarzu!
PS Czy tylko ja zabiłabym Woobina, a Suzy skazała na dalsze męczarnie? 
PS 2 Ja wiem, że ze mnie potwór, ok/
PS 3 Ogólnie to inspirowane dramą "Goblin", której nie polecam. Niszczy życie i ogólnie fangirl tutaj wywalił w kosmos... Ale czego się nie robi dla krasza, cnie, Gong Yoo? ;____;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz