sobota, 24 grudnia 2016

Winter bird; highlight #1 ♣ Yoongi BTS; Suran

- Do cholery, lecz to, Yoongi!
- Chciałbym, Suran.
Śnieg owiał ulice Seulu, dzieci wraz z zapracowanymi rodzicami podziwiali zimę. Święta zbliżały się wielkimi krokami.
Jak dla kogo.





Coming soon

20170202

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Best Friends pt. II ♣ Momo x Sana

- Sannie – zwróciłam się do niej nieśmiało. – A co ty byś zrobiła, gdybyś była Miną?
- Ja...
- Nie musisz odpowiadać, unnie – powiedziałam, siląc się na uśmiech. Spojrzała na mnie, dosłownie przewiercając mnie wzrokiem.
- Wiesz – zaczęła. – Nie jestem pewna. Wydaje mi się, że jako Mina, byłabym w stanie pokochać Dahyun – zaśmiała się. – W końcu są najlepszymi przyjaciółkami. Wiesz, na pewno to byłby dla niej szok, ale w końcu pewnie pogodziła się z uczuciami dziewczyny i je zaakceptowała. Tak mi się wydaje, mała.
            - A czy ty…
            - Tak, Momo. Potrafiłabym pokochać najlepszą przyjaciółkę.


***

Resztę dnia byłam niezwykle rozkojarzona. Nie mogłam się na niczym skupić: pomyliłam cukier z mąką (zazwyczaj trzymałyśmy ją w słoiku w tej samej szafce, co różne słodkie rzeczy), podałam pani Lee herbatę z pokrzyw, chociaż jej nie cierpi, wsypałam soli do kokosanek, zamiast trzydziestoprocentowej śmietanki, próbowałam ubić zwykłą, dwunastoprocentową.
Dopiero zirytowana Sana przywróciła mnie – jako tako – do ładu. Nakrzyczała na mnie i powyzywała troszkę… Cóż za urzekający eufemizm…
Prawda jest taka, że nie wiedziałam, co myśleć o jej słowach. Nie wiedziałam, czego nie wiem, chociaż wyraziła się dosyć wyraźnie.
Byłaby w stanie mnie pokochać?
To pytanie towarzyszyło mi przez cały dzień. Może jednak…
Nie. Stop. Nie powinnam robić sobie jakiejkolwiek nadziei. Im większe są, tym bardziej boli rozczarowanie nimi. Dlatego, nie chwycę jej dłoni, dopóki ona sama nie zrobi niczego w kierunku, by trzymać moją. O czym ja w ogóle myślę? Przecież ona po prostu powiedziała, że byłaby w stanie, a nie, że jest zakochana.

Około godziny siedemnastej, w herbaciarni zaczęło się robić coraz rzadziej. Zabrakło nam ciast, więc musiałam w międzyczasie jakoś zorganizować inne. Na szczęście, moja mama przyjechała ostatnio z Japonii i zrobiła wiele słodkiego. Pomagała również w naszym lokalu, co z pewnością ułatwiło nam zadanie. Kłamałabym, gdybym powiedziała, że nie zauważyła mojego stanu. Za każdym razem ją jednak zbywałam.
Poza odrzuceniem przez Sanę, najbardziej bałam się reakcji rodziców. Wyrzekliby się mnie? Znienawidzili i wydziedziczyli? Na samą myśl o tym robiło mi się słabo… Moja miłość jest zła.

Zamknęłyśmy kilka minut po dziewiętnastej. Moja mama była zachwycona funkcjonowaniem naszej herbaciarni, jak i nowym wystrojem. Rzadko przyjeżdżała, ponieważ sama też pracowała i ciężko w korporacji o urlop.
Tata nie mógł przylecieć. Od kilku dni jest na szkoleniu, szkoda. Zadzwonił w międzyczasie i przeprosił mnie, obiecał też wysłać mi pieniądze.
Mama, Hirai Asami, z domu Akechi, była niską kobietą z lekką siwizną prześwitującą nielicznie wśród czarnych niczym noc włosach. Oczy miała orzechowe, dosyć duże jak na Azjatkę. Miała trochę przy kości, jednak nie uważałabym tego za minus – bez wątpienia był to jej atut. Ogólnie rzecz biorąc, była piękna.
Tata, Hirai Kenji niczym się wyróżniał. Przeciętego wzrostu, dobrze zbudowany, chociaż wraz z wiekiem ta cecha zanikała. Jego czupryna zaczęła się ostatnio przerzedzać, jak i siwieć. Miał ciemnobrązowe oczy, w których często kryło się zmęczenie. A przynajmniej ja je takie pamiętałam.
Według niego, najlepszym prezentem były dobra materialne. Pracował bardzo długo, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Nie mogłam nic na to poradzić, w końcu robił to „dla dobra mnie i rodziny”… Moimi jedynymi wspomnieniami z dzieciństwa jest wieszanie się na jego nodze i proszenie, aby został dziś w domu.
Widywaliśmy się tylko w niedzielę. Traktowałam ten dzień niemalże jak święto narodowe. Chodziliśmy na spacery po okolicy, jedliśmy smaczne przekąski… Po dziś dzień niedziela jest dla mnie wyjątkowa. Teraz, gdy jednak mieszkam w Korei z Saną, staram się, abyśmy ten dzień spędzały inaczej.


Wieczór spędziłyśmy wraz moją mamą. Powiedziała nam, że chce się przejść, więc około osiemnastej wyszła, prosząc, abyśmy na nią nie czekały. Wzięła jedynie moje klucze, na wypadek, gdybyśmy spały.
- Momo – zaczęła Sana. – Poróbmy coś fajnego!
- Na przykład?
- Film – rzekła. – Chcę obejrzeć film.

Pół godziny później, umyte i przebrane w (swoją drogą – dosyć skąpe) piżamy. Ułożyłyśmy się wygodnie na kanapie przed telewizorem. Sana opatuliła nas jeszcze mięciutkim, puchatym kocykiem. Nie mogło również zabraknąć kakao, które – tym razem – przygotowałam ja.
- W takim razie, co oglądamy? – zapytałam z uśmiechem, który był zarezerwowany tylko dla niej.
- Cart – powiedziała entuzjastycznie.

Ciężko było mi się skupić, zwłaszcza, gdy Sana co chwila łapała mnie za rękę z emocji, kładła głowę na mój bark, albo – co gorsze – wtulała we mnie. Starałam się uspokoić, wmawiałam sobie, że to tylko przyjacielskie zagrania, nic nadzwyczajnego.
Nagle, ciemnooka zatrzymała nasz mały seans. Spojrzała się na mnie figlarnie, z pełnym tajemnic uśmieszkiem. Uniosłam brwi do góry, zastanawiając się, o czym myśli.
- Napijmy się czegoś – zaproponowała. – Jutro niedziela, możemy sobie na to pozwolić.
- Sana, dobrze wiesz, że ostatnio słabo idzie mi picie – zaczęłam narzekać.
- W takim razie, może wino?


Nigdy nie powinno opuszczać się lekcji wychowania do życia w rodzinie. Nigdy. Ja kilka razy się z nich zmyłam, ot co. A teraz – chciałaś, to masz. Albo to jestem taka głupia, albo ona ma niezwykły dar przekonywania. Ta mała… cholera. Wiedziała, że uwielbiam wino. Półsłodkie, wytrawne, białe, czerwone… Na moje nieszczęście, w naszym barku zawsze były przynajmniej trzy butelki. Na moje nieszczęście, tym razem było ich więcej. Dzięki, mamo.
- Momo – zwróciła się do mnie – Kochanie moje!
- Mówiłam, że to zły pomysł – wymamrotałam.
- Doleję ci! – wykrzyknęła. Nie zważywszy na moją doraźną dezaprobatę. – Pij, co ci szkodzi? Pij ze mną, najseksowniejszą, najpiękniejszą i najwspanialszą dziewczyną na świecie!
- Tobie już starczy – mruknęłam, zabierając jej z ręki butelkę. – Albo… Wiesz co? Niech się dzieje, co ma się dziać, mam to głęboko w dupie.




Czyjaś noga uwierała mnie w plecy.
Co?!
Poderwałam się z miejsca, jednak to było zbyt ambitne. Moje oczy raziło ostre światło niedzielnego poranka. Gdy przyzwyczaiłam się do warunków, jakie panowały w pokoju, moje serce zastygło z przerażenia. Sana, z rękami pod moją bluzką, butelki, dużo butelek, wszędzie pełno korków, mój niebieski biustonosz…
- Cholera – zaklęłam pod nosem.
Wszystko powoli zaczęło wracać z powrotem do mojej głowy. Film, wino, dużo wina… Przez myśl przeleciało mi jedno, dosyć istotne pytanie. Czy my… robiłyśmy coś, czego najlepsze przyjaciółki nie robią…?
- Kurwa – usłyszałam. – Momo… Ile wypiłyśmy?
Zamarłam na dźwięk głosu dziewczyny. Położyła dłoń na mojej. Moje serce ponownie przyspieszyło bicie, a żołądek zaczął podchodzić mi do gardła. Co robić? Uciekać? Krzyczeć?

- Wszystko w porządku? – zapytała. Nagle, jej wzrok przeniósł się na moje piersi. No tak. Cienki podkoszulek nie był zbyt… maskujący. – Co tu się właściwie stało?

czwartek, 8 grudnia 2016

Wait, what? vol.3

Użytkownik Rosierosie zalogował(a) się.
Użytkownik Jenn zalogował(a) się.
Jenn: Hej.
Rosierosie: Hej.
Rosierosie: Wiesz... Źle zaczęłyśmy.
Rosierosie: Cześć, jestem Roseanne Chaeyoung Park. A ty?
Jenn: Cześć Roseanne.
Jenn: Nazywam się Jennie Kim.
Rosierosie: Czym się interesujesz, Jennie? Ile masz lat? Gdzie mieszkasz?
Jenn: Uwielbiam grube, rude koty, kakao, listopadowe dni i kocyki.
Jenn: Mam dwadzieścia lat...
Jenn: Aktualnie zamieszkuję Busan, ale niedługo przeprowadzę się do stolicy.
Jenn: A ty, Roseanne?
Rosierosie: Cóż, mamy takie same zainteresowania...
Rosierosie: Czyli jestem młodsza, okej.
Rosierosie: Znaczy się, mam dziewiętnaście lat.
Rosierosie: Mieszkałam w Australii, ale rodzicom zachciało się powrotu w ojczyste ziemie, więc od jakiegoś roku żyjemy w Seulu.
Jenn: Fajnie tam?
Rosierosie: Nie. Nie lubię tego gwaru, korków... Ale w sumie mogę się łatwiej ukryć, ano i są osoby takie jak ja.
Rosierosie: Oops.
Rosierosie: Wybacz. Nie chciałam ci mówić.
Jenn: Czekaj, co?
Jenn: Co znaczy: "takie jak ja"?
Jenn: Rosie, odpowiedz.
Rosierosie: Ale bez blokowania, dobra?
Rosierosie: Obiecaj!
Jenn: Pinkie promise!
Rosierosie: Cóż... Nie lubię namja*. Yeoja** są... Bardziej w moim stylu.
Jenn: Wow.
Rosierosie: Proszę, Jennie, nie przekreślaj mnie tylko przez to!
Jenn: Ja też wolę yeoja**, Rose.
     Serce Roseanne stanęło na chwilkę. Czyli, że... Jennie... To było nie do opisania. Coś jak połączenie szczęścia, zdziwienia, kubka lawy instant i szczytu Mount Everest.

Jenn: Czyli wychodzi na to, że obie jesteśmy... Jakby to ująć... Inne?
Rosierosie: Na to wychodzi, Jennie.
Użytkownik Jenn wysłał(a) plik JPG.
Użytkownik Jenn wysłał(a) plik JPG

Rosierosie: ...
Rosierosie: Idź mi z tą twarzą.
Rosierosie: Nie zasnę przez ciebie.
Jenn: Gdzie mój lenny, gdy go potrzebuję?
Rosierosie: Jennie!
Jenn: Dobra, dobra.
Jenn: Wyślij mi jakieś swoje zdjęcie.
Użytkownik Rosierosie wysłał(a) plik JPG.
Użytkownik Rosierosie wysłał(a) plik JPG
Jenn: No i dobra.

Użytkownik Jenn zmienił(a) nazwę na RosiesFangirlNo1.

Rosierosie: Ty tak na serio?
RosiesFangirlNo1: Jasne, że tak. ♡
RosiesFangirlNo1: Zwłaszcza, że obie jesteśmy zainteresowane yeoja**.
Rosierosie: Dobra, kc i w ogóle
Rosierosie:  Ale zmień tę nazwę proszę.
RosiesFangirlNo1: Dla ciebie wszystko. ♡
Użytkownik RosiesFangirlNo1 zmienił swoją nazwę na Jennsie.

Rosierosie: Co?
Jennsie: No nasz ship. ♡
Rosierosie: A ja głupia myślałam, że chodzi i tę hienę z Króla Lwa***...
Jennsie: Boś głupiutka, ma miła.
Rosierosie: To kiedy będziesz w Seulu?








*Namja - mężczyzna, mężczyźni 
**Yeoja - kobieta, kobiety
***Jennsie - w brzmieniu brzmi podobnie do Rzenzi (idk jak pisać). Jenn - rzen; Sie - zi.

Wait, what? vol.2

Rosie: Możesz mi powiedzieć, o co ci wtedy chodziło?
Jenn: Nie.
Jenn: Nie chcesz wiedzieć.
Rosie: Właśnie, że chcę. 
Użytkownik Jenn wylogował(a) się.
Rosie: Jennie!
Rosie: Ja też mam pewien sekret.
Rosie: No i dobra. 
     Roseanne cisnęła telefonem o łóżko, zirytowana skrytością Jennie. Nagle jednak, zdała sobie sprawę, że piszą ze sobą naprawdę krótko, więc to normalne, że dziewczyna chciała zachować pewne rzeczy dla siebie.
     Westchnęła, zdając sobie sprawę ze swojej głupoty. Wtedy, do pokoju weszła Jisoo.
     - Co jest, Chaeyoung? - zapytała.
     - Jisoo - jęknęła. - Masz może czekoladę?
     - Czekoladę? Na co ci czekolada?
     - Mam bardzo, ale to bardzo zły humor, Soo - oznajmiła. - Jedyne, czego potrzebuję, to czekolada i gruby, rudy kot.
     Jednak Koreance nie było do śmiechu. Spojrzała zirytowana na przyjaciółkę, chcąc ją nakrzyczeć.
     Kim Jisoo to najsłodsza, najmilsza i najkochańsza osoba na świecie. Nie lubiła jednak, gdy się przed nią cokolwiek zatajało. Dlatego właśnie, sekundy przed planowaną autodestrukcją pewna myśl błysnęła w jej umyśle.
     - Poznałaś kogoś? - tym jednym pytaniem sprawiła, że Roseanne wzdrygnęła się. - No dalej, mów - nagliła.
     - Wczoraj napisała do mnie jakaś Jennie - przyznała się. 
     - I?
     - I jest cholernie ładna - wypaliła. - Zagaiła rozmowę, zainteresowała mnie. Podobno ma jakiś "sekret" - wyznała.
     Jakiś czas później, po setkach pytań odnoście Jennie, Jisoo opuściła dom przyjaciółki.
     Cisza ogarnęła całe pomieszczenie.
     Nagle, irytujący śmiech Spongeboba oznajmił dziewczynie, że Rose dostała wiadomość.
Użytkownik Jenn zalogował(a) się.
Jenn: Rosie?
Jenn: Powiedziałabym ci, ale pewnie zareagujesz, jak wszyscy.
Jenn: Nie chcę ryzykować utraty ciebie.
Jenn: Jejku, to było głupie.
Rosie: Nie było.
Jenn: Było. Zapomnij.
Rosie: Pozwól, że ja zadecyduję, co chcę pamiętać, a co nie, Jennie.
Jenn: Roseanne, to nie jest zabawne.
Rosie: Kiedy ja nie żartuję.
Rosie: Powiedz, a w zasadzie napisz mi o tym.
Rosie: Jak mam cię poznać, skoro ukrywasz przede mną coś, co raczej powinnam wiedzieć?
Jenn: Chciałabym.
Rosie: Proszę cię, Jennie.
Użytkownik Jenn wylogował(a) się.

wtorek, 6 grudnia 2016

Wait, what?

Użytkownik Jennie_ dodał cię. 
Jennie_: Hejooooo.
Roseee: Hej?
Roseee: Znamy się?
Jennie_: W sumie, to nie.
Roseee: To po co piszesz?
Jennie_: Zawsześ taka miła?
Roseee: Nie, tylko dla ciebie ♡
Jennie_: Pfff...

Użytkownik Jennie_ zmienił twoją nazwę na ShitfulFlower.

ShitfulFlower: Co?
ShitfulFlower: Ty chcesz się bić. 
Użytkownik ShitfulFlower zmienił nazwę Jennie_ na Weirdo.

Weirdo: Za co to? (ಥ_ಥ)
Weirdo: Nie jestem dziwna!
ShitfulFlower: Nie.
ShitfulFlower: Jesteś bardzo dziwna.
ShitfulFlower: To przecież normalne pisać do nieznajomych dziewcząt...
Weirdo: Uznałam, że fajnie byłoby kogoś poznać.
Weirdo: W końcu fajnie by było mieć z kim porozmawiać.
ShitfulFlower: Czekaj, co? Jak to: "z kimś porozmawiać"?
ShitfulFlower: Ummm... Jestem Roseanne. A ty?
Weirdo: Jennie.

Użytkownik Weirdo zmienił swoją nazwę na Jenn.
Użytkownik ShitfulFlower zmienił swoją nazwę na Rosie.

Rosie: Wyślij mi jakieś swoje zdjęcie, Jennie.
Rosie: Chcę wiedzieć jak wyglądasz. 
Użytkownik Jenn wysłał(a) plik JPG.

Jenn: Its miiiii
Jenn: Its miiiii.
Rosie: I ty chcesz mi wmówić, że nie masz znajomych?
Jenn: Może kiedyś ci napiszę...
Jenn: Twoja kolej, Rosie.

Użytkownik Rosie wysłał(a) plik JPG.


Jenn: Ohshit.
Jenn: To ty?
Rosie: Nie, moja babcia.
Jenn: A szkoda.
Jenn: A już się cieszyłam.
Rosie: Czekaj, co?
Jenn: Powtarzasz się, Roseanne.
Rosie: Ale nie pełnym imieniem, Jennie.
Jenn: No i dobra.
Rosie: Ale ja dalej nie wiem o co chodzi, Jenn.
Jenn: Najpierw pozwól mi cię poznać.



     Roseanne ze zdziwieniem wpatrywała się w wyświetlacz telefonu. Zastanawiała się, kim jest tajamnicza Jennie. 
     - Ciekawe, dlaczego napisała akurat do mnie - wymruczała samam do siebie. 
     Wstała powoli z łózka, zawlekła swoje zmęczone pracą ciało do kuchni i napiła się mleka. Mama zawsze mówiła jej, że to pomoże jej zasnąć. 
     Wtedy też, smartfon jej zawibrował. Wyciągnęła go z kieszeni i odblokowała. 

Jisooos: Hej, Rose.
Jisooos: Jak tam?
Rosie: W porządku, idę zaraz spać. A co u ciebie?
Jisooos: W sumie, to nic. Dobra, idź spać. Jutro napiszę! ♡


     Roseanne była wdzięczna swojej przyjaciółce za wyrozumiałość. Tak samo było również, gdy Rosie przyznała się Jisoo do homoseksualizmu.
     - Roseanne - powiedziała. - Spójrz na mnie - rozkazała. - To nic złego.
     - I ty się nie boisz?
     - Jasne, że nie - zaśmiała się. - Znajdź miłość i bądź szczęśliwa. Będę cię wspierać, a jak tylko któraś złamie ci serce, to skopię jej tyłek!
     Na wspomnienia, uśmiechnęła się. Wtedy, przypomniała jej się nowopoznana. Jennie była piękna. Aż za bardzo.







No hej. 
Nie wiem, co to, nie pytajcie. 
Dajcie temu dużo miłości ♡

niedziela, 4 grudnia 2016

Don't ask why pt. II ♣ Namjoon BTS



            Było ciepłe, a wręcz upalne lato. Było tak on lubił. Spacerowali po lesie, na przedmieściach Ilsan. Drzewa, które teoretycznie dawały cień, na niewiele się zdały. Przeklęty klimat.
            - No i co fajnego w lecie, huh? – zapytała z przekąsem.
            - To, że mogę je z tobą spędzać – wyszczerzył się, ukazując szereg białych zębów.
            Odkąd się znali, jedno uczyło drugie, jak zamknąć sobie usta. Ich relacja była dziwna, a oni to wiedzieli.
           - Udało ci się, Kim Nam Joon – zaśmiała się. – Jeden zero dla ciebie.

            Błądzili ścieżkami już dobre kilka godzin, trzymając się za ręce. Od pamiętnego biwaku, na którym nie złapali nic, poza przeziębieniem i jakąś opętaną żabą, ich znajomość ewoluowała, jak pokemony, które łapali, chociaż uważali to za głupie. Na co komu logika?
            Nie ustalali niczego, jak to jest w książkach. Po prostu upgradeowali system i z przyjaciół stali się parą.
            W międzyczasie zdążyła go zmusić do rozjaśnienia włosów, a on kazał jej malować usta na pomarańczowo. Byli absurdalni, ale wyglądali razem dobrze. Wbrew pozorom, byli zgodni i aż miło było patrzeć, jak ona żartuje z niego i na odwrót.
            - W sumie lato nie jest takie złe – rzuciła, rozglądając się po okolicy. O ironio, wszystko wyglądało tu tak samo; jakieś drzewa, krzaczki i ściółka. – Ale twoje buty są okropne – dodała, zniesmaczona, patrząc na to... coś.
            - Akceptuj moją indywidualność, Cha Song Yeon.
            - Jesteś jak dziewięćdziesiąt procent populacji, nie ma w tobie nic niezwykłego – rzekła z wyższością. – Jeden jeden.
            - A mimo to dalej mnie kochasz. Dwa jeden.
            - Kto ci takich farmazonów naopowiadał? – wybuchła śmiechem. – Dobre sobie, dwa dwa.
            - Pamiętasz, jak wylałam na ciebie sok porzeczkowy?
            - Ta... Nigdy ci tego nie wybaczyłem – zachichotał.

            Zatrzymali się gdzieś bardzo daleko, w ogóle nie bacząc na drogę powrotną, nie zważywszy na późną porę. Około dziesiątej zaczęło robić się ciemno, a Song Yeon mogła wreszcie popatrzeć na księżyc.
            Zaczęła sobie nucić, od tak.
            Piąta cecha panny Cha – piękny głos.
            - A może zostanę idolką? – zapytała. Zakrztusił się powietrzem. – Jestem w końcu śliczna, szczupła i utalentowana. Czego chcieć więcej?
            - Jesteś za stara, Kim Song Yeon.
            - Co?
            Czy on właśnie nazwał mnie swoim nazwiskiem? Jej myśli ją pokonały, serce przyspieszyło, a wzrok zaczął błądzić po okolicy, jakby szukał odpowiedzi.
            - Oops – teatralnie zakrył usta dłonią. – Co teraz zrobimy?
           Patrzyła na niego, jak na idiotę. Przystanęła w miejscu. Naprawdę nic nie rozumiała.
           - Czy ty sobie właśnie żartujesz?
           Uśmiechał się jak nienormalny. Czyli jednak zabawił się moimi uczuciami, pomyślała. Prychnęła pod nosem i ruszyła przed siebie. Nagle poczuła żal. Mają już dwadzieścia sześć lat, są parą od trzech... Na litość boską, mógłby się zdecydować. Nie chciała być panną młodą ze zmarszczkami. Jej rozemocjonowanie wzięło nad nią górę, bo po chwili poczuła łzy cisnące jej się do oczu.
           Wiedziała, że był upośledzony społecznie i jego umiejętności społeczne pozostawiały wiele do życzenia, ale... Do cholery, chyba komuś zbliża się okres.
           - Gdzie idziesz, najukochańszy skarbie? – zawołał, podbiegając do niej. – Kochanie moje...
           - Jak najdalej od ciebie, dupku – warknęła.
           - Ale wtedy nie będę miał jak ci się oświadczyć, Cha Song Yeon – te słowa sprawiły, że zatrzymała się, a on wpadł jej na plecy. Powoli się odwróciła, zadzierając lekko głowę, aby spojrzeć w te ciemne, niewielkie oczy i wyłapać ewentualną kpinę. – Wiesz, że nie jestem dobry w wygłaszaniu wzruszających mów, że nie jestem dobry w wyrażaniu uczuć... Kocham cię i chciałbym stworzyć z tobą rodzinę. Więc...
         - Tak, matko boska, Nam Joon, tak – krzyczała, płosząc zbłąkanego króliczka, który przyglądał się temu z politowaniem. Gdyby wiedział, że tacy szaleńcy kręcą się tu po nocy, nie wychodziłby z domu.
         Nie zmienia to jednak faktu, że cała ta scena była wzruszająca. Jeżeli umiałby płakać, z pewnością ocierałby łzy z szarego futerka. Niczym w filmach, rzuciła mu się na szyję, a on okręcił ją kilka razy wokół siebie.
          - Jesteś wspaniała i w ogóle, ale – wydyszał, gdy już ją postawił na ziemi – schudnij troszeczkę, Song Yeon.
          - Zawsze rujnujesz takie wspaniałe chwile – westchnęła zrezygnowana.
          - Będzie ich jeszcze miliardy, Kim Song Yeon.


To nie jest koniec, jak coś  ♥