sobota, 24 grudnia 2016

Dream ♣ oneshot

     Przeciągnęłam się leniwie na łóżku. Pora wstawać, pomyślałam. 
     Chciałabym móc napisać, że ciepłe promienie słońca muskały moje policzki, jednak jest to niemożliwe. Z mojego pokoju nie widać wschodów słońca, a chłodny, srebrzysty blask księżyca nocą. 
     Ta sobota niczym nie różni się od innych. Obudziłam się, stara kotka zamruczała, sygnalizując tym, że jest głodna, mama krzątała się po kuchni, tata jeszcze spał, a siostra od samego rana bawiła się tabletem. 
     Jak zwykle zrobiłam w okół siebie porządek, umyłam i ubrałam się. Następnym krokiem był makijaż, niezbędny w codziennych rutynach. Brązowy eyeliner, tego samego koloru mascara, pomada do brwi i jakiś tint. Wyglądałam dzisiaj nadzwyczaj dobrze. 
     Po śniadaniu wpadłam na pewien pomysł, który z pewnością chciałam zrealizować. 
     Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer przyjaciółki. Pierwszy sygnał, drugi... Za trzecim, albo i czwartym odebrała. 
     - Co jest? - zapytała niezbyt miło. Chyba ją obudziłam.
     - Ciebie też miło słyszeć - zaśmiałam się. - Masz dzisiaj czas? 
     - Ja zawsze mam czas - z niewiadomych przyczyn, poczułam, że się uśmiecha.
     - W takim razie, do zobaczenia - pożegnałam się.
     Siedziałyśmy w parku, karmiąc kaczki. Jak zwykle, spóźniłyśmy się, między dwunastą, a trzynastą robili jakąś przerwę, czy coś. 
     Obserwowałyśmy te głupiutkie stworzonka, które próbowały zjeść jak najwięcej, chociaż jedzenia nie brakowało. Było względnie cicho, poza nami nie było nikogo, nie licząc kaczuszek. Jedynie moje wybuchy śmiechu zakłócały tę atmosferę. Ona uśmiechała się lekko. Zawsze tak robiła. Nie wierzyłam w jej szerokie, zauważalne na kilometr grymasy. Wiedziałam, że nie są prawdziwe. Klucz tkwił w subtelności - wtedy była szczęśliwa. A ja pragnęłam jej szczęścia bardziej, niż własnego.
     - Raon - zwróciłam się do niej. Obróciła swoją głowę w moim kierunku, a włosy opadły jej na twarz.
     -Tak? - zapytała cicho, bardzo łagodnie. Uwielbiałam jej głoś, naprawdę. 
     - Lubię cię - powiedziałam. 
     - Wiem, ja ciebie też - odpowiedziała. Często jej to mówiłam, bo bałam się, że zapomni. Nie lubiłam, jak ktoś zapominał o moich deklaracjach.
     Weszłyśmy na lodowisko około godziny trzynastej dziesięć, a przynajmniej wtedy sprawdzałam godzinę po raz ostatni.
      Ostatni raz byłam na lodzie w czwatrtej klasie szkoły podstawowej, więc obawiam się, że to nie skończy się dobrze. Weszłyśmy, a moje obawy zniknęły, przynajmniej częściowo. Szybko jednak zmieniłan zdanie, ponieważ nie byłam w stanie ustać sama. Raon widząc mój strach i brak równowagi, podjechała do mnie i chwyciła za dłoń. To był mały-wielki gest. Dziewczyna miała problem z dotykiem, więc nauralnie, zdziwiło mnie to. Moje oczy stały się większe, głównie dlatego, że się na to odważyła. Szybko jednak przegoniłam zbędne myśli. Uśmiechnęłam się szeroko, uprzednio chwyciwszy barierkę.
     Na początku szło - a w zasadzie ślizgało - nam się bardzo... Opornie. Cóż za urzekający eufemizm. Prawdę powiedzawszy, kilka (no dobra - kilkanaście) razy przybiłam piątkę śmierci. 
     - Raon - zawołałam zirytowana i przestraszona zarazem. - Sport nie jest dla mnie!
     - Mina, proszę cię - powiedziała, śmiejąc się. - Nie żartuj. Nauczysz się - zachęciła.
     Słabo to widzę, jednak nie chciałam robić jej przykrości. Trudno, w końcu to ja zaproponowałam lodowisko. Logiko, gdzie żeś wyfrunęła? 
     - To jak z jazdą na rolkach. Pamiętasz? Najpierw jedna noga w prawo, potem druga w lewo - instruowała mnie. - I co? Dajesz radę!
     - Bo mi pomagasz - stwierdziłam, unosząc lekko kąciki ust.
     - Po to tu jestem, Mimi.
     Uwielbiałam, jak nazywała mie zdrobnieniem. To było takie kochane i urocze... I tandetne, ale kto by się o tym przejmował? Czy bohaterka książki zważa na szablonowość swojej historii?
     Gdy minęła wyznaczona godzina, zeszyśmy z lodowiska. Niezbyt wygodne łyżwy na nasze buty. Wyszłyśmy z centrum spotrowego, po czym zaciągnęłam przyjaciółkę na gorącą czekoladę z kawiarni obok. Mieli wyśmienite napoje, a zimą, właśnie czekolada smakowała tu najlepiej. Dostałyśmy gorące mleko w ślicznych kubeczkach, które były "ubrane" w sweterki. Mój był zielony, a jej niebieski. Obok leżały patyczki z czekoladą do roztopienia. Otworzyłyśmy je i po chwili smakołyk był gotowy.
     - Smacznego - uśmiechnęłam się.
    
     Po czekoladzie i rozmowie o bardzo przyziemnych rzeczach, opuściłyśmy to jakże przytulne miejsce, pełne świeczek, beżowego i ciepłego oświetlenia. 
     Następnym przystankiem były targi świąteczne na placu obok katedry. Wszędzie było pełno drewnianych budek, z kolei w których było mnóstwo ozdób. Ciężkoby opisać, jak bardzo zaczarowana byłam. Wpatrywałam się w dosłownie wszystko, chciałam to wszystko. Na moje dziecinne zachowanie Raon zaśmiała się. Zignorowałam to, po czym chwyciłam jej dłoń, ciągnąc do następnego stoiska. Zobaczyłam przeurocze uszy renifera.
     - Nawet nie próbuj - przestrzegła mnie. Na marne. Bałam się jej, jak mojego kota. Podpowiedź: ani trochę.
     Założyłam opaskę na jej blond włosy, upewniając się, że dobrze leży. Moje serce zaczęło radować się jak głupie na ten widok. Nasze wciąż splecione dłonie i uśmiechy może i wyglądały dwuznacznie, jednak to nie było to. Po prostu kochałam spędzać z nią czas, a ona była naprawdę ładna. Miała jasną karnację o różowym podtonie, platynowe włosy, duże, szaro-niebiesko-granatowe oczy, które w tym momencie błyszały jak lampki, pozawieszane na drzewach i lampach. 
     - Bierzemy to - powiedziałam do starszego pana. - Ile jestem winna?
     - Nie, nic - uśmiechnął się ciepło. - Wesołych świąt!
     - Dziękujemy, wesołych świąt - odpowiedziałyśmy, kłaniając się.
     Było już ciemno, zbliżała się godzina osiemnasta, a my siedziałyśmy w parku, karmiąc kolejne kaczki. To było jedno z naszych ulubionych zajęć. 
     - Głupie są - stwierdziłam.
     - My też jesteśmy - westchnęła, a moja głowa powędrowała na jej ramię. Uwielbiałam to, jej ramię było najwygodniejszym, jakie do tej pory miałam okazję wypróbować. 
     - Nie, Raon. Nie jesteśmy.
     Około dwudziestej zaczęłyśmy się zbierać. Droga na przystanek nie była skomplikowana, zajęło nam to chwilkę. Przechodząc ponownie obok Placu Katedralnego, zaciągnęłam ją w stronę wielkiej choinki. Złożyłam ręcę jak do modlitwy.
     - Co ty robisz? - zapytała. 
     - Pomyśl życzenie - poleciłam. 
     Naśladując mnie, również zamnkęła oczy i złożyła dłonie. 
     Pozwól nam być szczęśliwym, zupełnie tak, jak dzisiaj. Pozwól nam być razem już zawsze. Moim ostatnim życzeniem jest, aby wszyskie inne się spełniły.
     - I jak? Czego sobie zażyczyłaś? - usłyszałam jej głos, cichy i spokojny.
     - A ty?
     - Aby ten dzień się nie kończył. Chcę, aby wszystkie tak wyglądały - uśmiechnęła się, przytulając mnie. Nigdy sama z siebie tego nie robiła.
     - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby tak właśnie było, Raon.
Niezobowiązujący do niczego one shot
Pojawił się na wattpadzie już jakiś czas temu, więc wrzuciłam też tutaj ^^
Wattpad: Soorinchoi
https://www.wattpad.com/user/Soorinchoi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz