sobota, 24 grudnia 2016

Reach high ♣ Wonho Monsta X; Jisoo Blackpink

     Czy można narzekać na życie, będąc córką jednego z bardziej znanych kardiochirurgów w swoim kraju? Tak, zwłaszcza, kiedy jest się artystką.
     Jestem Kim Jisoo. Mam dziewiętnaście lat. Zamiast do elitarnej szkoły dla lekarzy, jestem w Choi Yoo High, znanej i cenionej szkole artystycznej. Dla ojca jednak, sztuka to coś, co w ogóle nie jest potrzebne.
     Mama z trudem go przekonała, aby pozwolił mi robić to, co kochałam. Wydawało mi się, że tylko ona mnie rozumie...
     Gdy byłam małą dziewczynką, dziadek pokazał mi swoje farby olejne i płótna. Dał do ręki pędzel i pozwolił namalować cokolwiek sobie zażyczę. Z początku nie wiedziałam, co mogłabym stworzyć, jednak wizja szybko pojawiła się mi w głowie.
     Dosyć koślawo stawiałam moje pierwsze kroki ku rozwijaniu talentu, który miałam. Mój pierwszy obraz przedstawiał kwitnącą wiśnię w zielonym ogrodzie. Pod drzewem stał siwiejący staruszek symbolizujący dziadka.
     Gdy po kilku miesiącach farba wyschła, moje „arcydzieło" zawisło w pokoju moich dziadków nad łóżkiem. Pamiętam moją dziecięcą radość, gdy wszyscy zaczęli mnie chwalić i mówić, że jest śliczne.
     Nie wiem, gdzie oni widzieli wiśnię i starca, ponieważ dla mnie, te obrazy z dziecięcych lat to abstrakcja. Różowe plamy, rozmazana, brązowa kreska, zielona „koszula" i granatowe spodnie oraz troszkę białej farby na czubku tego wszystkiego. Dobre sobie, prawda?


     Mijały lata. Malutka Jisoo wyrosła tak, jak wychowała ją mama przy pomocy swoich rodziców. Szkoliłam się, babcia nauczyła mnie również śpiewać. Kolejna rzecz, którą tak bardzo kochałam. Mówili mi, że urodziłam się, aby być artystką. A ja im uwierzyłam.
     Jestem jedną z uczennic z Choi Yoo High, które niczym się nie wyróżniają. Nie, że nie miałyśmy talentu – po prostu nie obnosiłyśmy się z nim, tak, jak to robiły te „najlepsze". A propos, właśnie te „najlepsze"...
     Siedziałam na stołówce, zajadając się ryżem i gotowanym kurczakiem z sosem curry. Co, jak co, ale akurat gastronomia w tej szkole nie należała do najgorszych. Mimo wszystko, lubiłam to jedzenie serwowane tutaj.
     Było cudownie, ale...
     No właśnie. A l e.
     Kim Sohye, Ahn Hyejin, Bae Joohyun. Te trzy s... Te trzy niewiasty notorycznie zadręczały mnie i jeszcze kilka innych osób. Były piękne, sławne i utalentowane, co w ich mniemaniu równało się z przyzwoleniem na znęcanie się nad innymi. Jak zwykle, dosiadły się do mnie.
     - A kogo my tu mamy? – zapytała Joohyun.
     - A kogóż to wiatr przywiał? – prychnęłam pod nosem. – Nie przypominam sobie, abym wysyłała zaproszenie do jaśniepań. Winnam była wierszem to napisać.
     - Nie wyjeżdżaj mnie tu z jakimiś gównianymi Szekspirami – warknęła Hyejin, aby „wzmocnić" pozycję przyjaciółki.
     - Och, zapomniałam – teatralnie przystawiłam dłoń do ust. – Nie grzeszysz przecież inteligencją.
     Dziewczyny, które zirytowałam do kwadratu, zzieleniały. Sohye cisnęła swoją tacą o mój stół, rozwalając przy okazji jedzenie.
     - Nie dostaniesz drugiej porcji – zaćwierkałam wesoło, chwytając pałeczkami kurczaka. - A szkoda, takie pyszne.
     - Słuchaj, zdziro – zaczęła. – Jeszcze słowo, a...
     - A co? – po pomieszczeniu rozległ się głos równie głośny i potężny, co głos Sohye. Wszystkie oczy zwróciły się ku dziewczynie.
      To była Park Roseanne. Przewodnicząca samorządu szkolnego. Miała długie, miedziane włosy (swoją drogą - farbowane), ciemne, brązowe oczy, naturalnie duże, zawsze muśnięte lekkim makijażem, pełne usta, które barwą przypominały róże.
     - Co jej zrobisz, Kim Sohye? – ponowiła pytanie, już spokojniej. – Naprawdę myślisz, że cokolwiek możesz zdziałać? – zadrwiła. – Zostaw – spojrzała w kierunku mojego mundurka, najwyraźniej, aby dowiedzieć się jak mam na imię. – Jisoo w spokoju.
     Już miała odchodzić, jednak najwyraźniej dziewczyny miały coś do dodania.
     - A ty, Roseanne? – warknęła wściekła Joohyun. – Kim ty jesteś, żeby bronić takich śmieci jak ona?
     - Ja? – zaśmiała się. – Jestem przewodniczącą, a Jisoo nie jest żadnym śmieciem. – spoważniała, mówiąc to. – Jedynymi, którzy zasługują tu na to mienie jesteście wy. Co ona wam zrobiła? Jest lepsza? Hej, Kim Sohye, Ahn Hyejin, Bae Joohyun. Kim wy, do cholery jesteście? Nie macie specjalnych talentów – powiedziała spokojnie. – Rap Hyejin jest nudny i zwykły, a w dodatku nie potrafi pisać tekstów, Joohyun śpiewa, jakby chciała, a nie mogła, jedyne, co ją ratuje, to jako-tako uroda. A ty, Sohye – po raz kolejny kpiąco zachichotała – nic nie potrafisz. Jedyne, co masz, to wygląd i „popularność". Czy wiesz, skąd ona się bierze? – zrobiła pauzę, świadomie, czy nie, ale wywołała u mnie ciarki. Tak, z pewnością. Była przerażająca. – Boją się ciebie. Oni wszyscy rzekomo cię lubią, strach i wszelakie jego formy nie są w stanie zbudować mostów, po których chcesz stąpać – zakończyła, wprawiając w osłupienie wszystkich, łącznie z samymi dziewczynami.
     Odeszły, w całkowitej ciszy. Żadna nie odważyła się pisnąć słówkiem.
     Po chwili uczniowie zaczęli jeść, na chwilkę zapominając o tym, jak to Park Roseanne zakłóciła te trzy wiedźmy. Miałam do niej tyle pytań...
     - Chodź, tu nie da się jeść – odezwała się do mnie. – Tam jest wolny stolik. Potem Sohye to posprząta, już ja tego dopilnuję.
     Bez słowa ruszyłam za nią. Gdy usiadłyśmy, bez zbędnych przemówień przystąpiłyśmy do konsumpcji naszych porcji. Wpatrywałam się w ryż, nie mogąc niczego przełknąć. Rose była wielka. Potrafiła tak po prostu obronić słabszego i to nie przemocą, a swoją inteligencją. Bez wątpienia, Roseanne była wspaniała.
     - Kim Jisoo – zwróciła się do mnie, patrząc na mnie spod wachlarza rzęs. – Od dawna ci to robią?
     - Nie, znaczy się – zająknęłam się. – Od początku tego roku. Przebiłam Joohyun w konkursie malarstwa...
     - Jaki był temat? – spytała, wyraźnie zaciekawiona. Potrafiła od tak porozmawiać z innymi, co dla mnie było niemalże nie do wykonania. – No, śmiało, nie gryzę.


     Może i głupie, ale od tamtej pory przyjaźnimy się. Rosie wciągnęła mnie do świata fotografii i aktorstwa, a ja nauczyłam ją podstaw malowania farbami olejnymi. Okazało się też, że śpiewa, zupełnie tak, jak ja.
     Była młodsza o rok. Uwielbiałam, jak zwracała się do mnie z tym swoim uroczym głosikiem i miną słodkiego króliczka per „unni". Wydawała się poważna i sztywna, ale – jak się potem okazało – niewiele ma wspólnego z czymś takim. W zależności od rozmówcy, dopasowywała się do poziomu.
     Moja sytuacja w domu nie uległa jakiejś szczególnej zmianie, tata dalej narzekał, mama i dziadkowie wspierali w realizowaniu się...
     Tylko jedna sytuacja zmąciła mój spokój. Szkoda, że nie wiedziałam o tym w chwili, gdy próg szkoły przekroczył czarnowłosy dwudziestosześciolatek.


*made by ja*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz